Zeszłoroczne wakacje. Takie beztroskie i proste. Spędziliśmy je w domku moich rodziców na pogórzu przemyskim. Cudowna kraina pełna łagodnych wzgórz, gęstych i chłodnych lasów oraz bujnej zieleni. Łąki kipiące od ziół i polnych kwiatów.
Naszego najmłodszego, trzeciego synka Dyzia* jeszcze nie było na świecie, choć w moim brzuchu już był, maleńka fasolka. Nasz starszy synek Sam miał wówczas ponad rok i jeszcze nie chodził, więc całymi dniami trzeba mu było towarzyszyć w poznawaniu świata na czworaka. Natomiast kiedy spał mogłam mieć wyjątkowy czas z 9-letnią córką Emi. Wychodziłyśmy wtedy przez furtkę nad rzekę moczyć nogi albo na łąkę, naszą giełdę kwiatową gdzie oglądałyśmy zioła i zbierałyśmy kwiaty do zabawy "w kwiaciarkę". Emi wymyślała nazwy kwiatów oraz ceny, ja kupowałam pojedyńcze kwiaty albo urocze bukieciki wystawione w szklankach. Czas płynął powolnie, odmierzany leniwym przesuwaniem się plam słońca na miękkim trawniku przed domem. Spokój, bliskość, szczęście.
---
* pozwolę sobie używać naszych domowych, pieszczotliwych ksywek na tym blogu :)






Komentarze
Prześlij komentarz